Zdarzam się

Zdarzam się zbyt często aby mówić o zdarzeniu losowym
bo nam trzeba wielu zwłok a czas nagli

Kiedyś coś szczególnego robiłam nie po to aby wypełniać
i nie tylko przeciw zdrowemu rozsądkowi (wręcz ku)
ale po to aby nowieć aby być tu i jednocześnie podążać tam
gdzie wydaje mi się że jestem później i będę już

dlatego pozwalaj mi zabrać mnie do dni drzewa
tam gdzie się prowadzę szlachetnie narodzinami i konaniem sekwoi
i z powodzeniem bywam jak noworodek któremu się chwila ulewa a palce witraże
przystoję łzom i powodzę pokuszeniu wieczności
lecz nie kuś mnie na powodzenie

anakolut

prawdę powiedziawszy a raczej mówiąc
bo to robię współcześnie a nie uprzednio lecz wciąż
ogólnie rzecz biorąc i krótko
ale już nie ujmując cię w imię słów
tożsamości przedmiotów
zniekształcasz rzeczy w istotliwości jak torturę kary
i niechasz powodując zanik wszelkich związków logicznych
pomiędzy naszymi zdaniami nami

co mogłabym ale nie dopracowałam

Nie potrafię pisać o tym kogo kocham lub co uwielbiam. Mogę jedynie pisać o niespełnionych nadziejach, o kimś istniejącym ale w nierealnej sytuacji choć bardzo rzeczywistej. O czymś niezakłamanym lecz nie do końca prawdziwym choć dającym się dokładnie sprawdzić. Mogłabym pisać o tobie i o mnie ale tylko tak i w taki sposób jakby to, co jest między nami nigdy nie było choć mogłoby się stać. Tak jakbyśmy wciąż byli, ale nie byłoby nas w nas.

przepaść czy nie przepaść

dlaczego trzymasz mnie za język
skoro wszystkie ręce i stopy spadania mam opanowane
jak postronki mocno powykręcane ale biegłe
i rozeznane w przepaściach wszelkiej maści

mościsz przepaści wyścielasz
usadawiasz otchłanie przywiązaniem

tylko nie przepaś naszych białych przepaści

na ostatni guzik

za każdym razem gdy zamykam się w sobie
odczuwam płytki oddech powieki
i nieproszona myśl niczym persona non grata
zagorzale i gorliwie dręczy i gnębi każdą klamkę

za drzwiami po ciemnej stronie korytarza
czekając Idea bierze w obroty szkło
wyciera sobie gębę błotem
ciosając kołki namaszcza rybą moją głowę

drewnieję

tak lekko się spalam jakbym miała kości wewnątrz puste
lub była wydechem płomienia albo świstem powietrza
dzieję się za kazdym razem gdy zamykam w sobie tę samą Ideę

przechodzień

więc jak już przechodzisz wszystkie obuwia wyjścia
w kierunku przed sobą zachodnim
w stronę mnie nieznajomą i obcą

to z resztą zdnieją się dni w lata chude
i zmęczy się tłuszcz mój i twój w nas

próba opowieści o intifadzie uniwersum

wstydzę się ciebie odmawiać jak pacierz wieczorny
na przekór tłuszczy i wspak gawiedzi
gdy zmierzch podłużny włóczy moje lamenty
po suchej nitce do kłębka nocy

w mojej żałobie po wszystkich mężczyznach
tamtego wszechświata
snuję opowieść o tobie dziecino rebelio kosmosu
wciągana w gąszcz prześcieradeł i szuwary pościeli
rozpylana jak perfumy na tylnej stronie kolana świtu
i wewnętrznej powierzchni łokcia mroku.

nie oczekuję od życzeń spełnienia życia

wszyscy mężczyźni mojego życia
zgryźliwego ducha wyzionęli

wydzielili z siebie woń i parę
dość nieoczekiwanych momentów obrotowych moich spraw

musiałam używać wobec nich siły
aby pokonać i zatrzymać przy sobie
niestrudzone święte śmigła
i utemperowane zalotki skrzydeł


nie wszyscy zgarbowania dostąpili

ich skóry surowe nie chciały się pocić
od namaszczenia tłuszczem włosy swoje wyrywali
lub same im wychodziły
jak który chciał

odczuwałam ich wszystkich na sobie tąpnięciem
bo miłość się kurczy w podziemiach
tylko wstrząsy bywają silniejsze
inna kopalnia takie same złoża tak samo pękają skały
takie same ruchy tektoniczne dwóch ciał
taka sama zapowiedź: zawał

suriff przynieś moją opończę, wyjeżdżamy

w skonfundowanej malignie antropofagii
ostatnie noce spędzałam na językach
brylowałam zapadające się gardła
jednak myszkin wymawia mnie z determinacją
jakby skakał w przepaść

za ciebie wezmę zaledwie pięćdziesiąt dusz
ale nie tracę animuszu
łomotem oddać czołobitności
to tak jakby przypieczętować

suriff dziegciem smaruje paroksyzmy śmiechu
tak na przyszłość żeby nie zwariować
towarzyszą temu uczucia dubeltowe
z ozdobnym na piersiach szamerunkiem

biorę ciebie za dobrą monetę
że tym razem nie zapomnisz
nałożyć kapiszon

rząd

tylko wśród żywych suriff czuje się tak martwa
że aż wymyśla swoje śmierci jak wiersze

ześmiercinniałe zmierzchuzgłoskowce

odmładza ją każda zmarszczka jak za mrugnięciem
czarodziejskiej powieki
niech marynuje się ten czas surowy po tej stronie istnienia
w której jesteśmy tożsame
w równaniu które spełniasz niezależnie od tego co podstawiasz pod moje zmienne
jak pobożne życzenie głodu i pędu

gdy suriff podgląda noemi w kąpieli
ma uszy polizane przez węża i prorocze sny o moim pępku

w miejscu o obniżonej oporności wypycha wnętrzności
odsłaniając największą przepuklinę od czasu ostatniego porod

pozostaje jej tylko uprawiać nierząd z bardziej żywymi ode mnie

zasadne

sposobisz zasadny szyk
wbrew prawom powszechnego ciążenia
gdy spada skala ph w twoich ustach
fermentujesz
a ja zawsze muszę być o kilka wierszy do przodu
tak na zakwas

więc strategia jest absurdalnie prosta:
wobec zaistniałej sytuacji
pozostaje mi już tylko czekać na rozpad

klechdy domowe

gdy długość podróży się zmniejsza
tempo nabiera rumieńców
sprężam przestrzenie
i porzucam stacje

zabawne, ostatnimi czasy tak bardzo skupiam się na tym
co minęło, co było, do czego warto by wrócić,  że zapominam o tym
że tak wiele się w międzyczasie wydarzyło-zmieniło. Z każdą lekturą
siebie samej dystansuje się do tej przeklętej minionej opowieści.
Często traktuję przeszłość jak baśń – niesamowitą i fantasmagoryczną.
Wymyślam ją na nowo legendę mnie samej.

hey horacy

odległości mierzę w łokciach
a nieśmietelności nie śmiem zmierzyć

hej horacy spójrz na mój pomnik
cynowy tytan baru

chodź rozrzedzaj ze mną powietrze
dopadnijmy razem deszcz
zahartujmy nagą przestrzeń

hej horacy spójrz na moje ręce
blady hologram żaru

przyjdź skontrastuj moje ciało
ubolewaj nad ogrzaniem
tytłaj ogień

hej horacy spójrz na mój horyzont
czarny linoryt zachodu

już przestajesz dla mnie znaczyć
już nie znaczę
nie wiem czy ty oznaczasz mnie
ale nic już nie świadczy o mnie
bo ja sobą siebie już nie wyznaczam

 

blekaut

 

suriff namaluj mnie poproszę
a ona sięgnie po pustą kartkę
i popatrzy w wątrobę pochyli się nad nią
i wlec zacznie za sobą przypadłość

 

tym tylko byłaś co dotykałam
a czego dotkliwość strzegłaś
i księżycowałaś pasje w nowiu

 

zacznie monolog swój płaski
jak tarcza Ziemi leżąca na grzbiecie słoni
stojących na skorupie żółwia pływającego
w nieskończonym oceanie

 

i sprasowany
jak świeży banknot

 

a w jej żyłach impresja płynie
w obrazoobiegu i przenosi kolory

 

tym tylko jesteś co rozróżniam
a docierać się boisz
więc uciekam w moją imaginację ciebie

 

zabijają mi suriff opowieścią o poezji

konfabulacja o konfabulacji

warstniejesz
odkładany w kurzu

wspominam cię szeptem
bo w krzyku byś zamilkł

trudno przywołać pamięci obrazy nagłe
wydarte z czasu
chwile wytarte zleżałe stęchlizną nadżarte

 

wspomnienia tak się zacierają, że zaczynamy konfabulować. Wspomnienia
przechodząc w stan uśpienia, hibernując ulegają degradacji. jeśli czegoś
nie używasz to nie znaczy że to się nie starzeje. Starzeje a później
umiera, drogą naturalnej selekcji. Wspomnienia też muszą walczyć
o przetrwanie. Najsilniejsze stają się nieskażone i żywe. warto mieć
fizyczną część wspomnienia, odwołanie – portal. Ja mam swoje zapiski
ale i tak konfabuluję. Preparuję obrazy, słowa a nawet myśli. Jednego
tylko nie da się zafałszować – uczucia, wrażenia które mi towarzyszy
zawsze kiedy przechodzę przez ten mój portal. Wydaje mi się że to się
nie zmienia. To nie może ulec żadnemu przeobrażeniu, chociażby dlatego
że to już było.To jest nietykalne. To jest niemal tak pewne jak to
że w czasie się nie cofniemy (wystarczy że historia lubi sie powtarzać,
a ten kto nie lubi historii to powtarza;) Te uczucia są prawdziwe
również przez to że one nie mają powodu kłamać, Jesteśmy wobec nich
już totalnie bezsilni wręcz inercyjni a to dzięki zdystansowaniu i
zmianie punktu odniesienia.Nie musimy w nie ingerować bo nie ma
takiej potrzeby. Ja osobiście się nimi rozkoszuję etc…

Dość już tych dywagacji i deliberacji bo zaczynam konfabulować…

parafraza snu

czas rozrachunków kości i liczenia się ze słowami
rachowania głów wyrywania zębów
przyjmowania odpowiedzialności za pretensjonalność
moment kiedy spolegliwość bezprecedensowo odetchnie
od obietnic a wspomnień kruchość osiądzie na mieliźnie
tak jak fusy opadają na dno szklanki i jest im coraz ciaśniej

sezon rozdmuchiwania chmur rozpłaszczania palta
dyfuzji stóp zapaści płuc okres pierwiastków
dźwięku hymnów barbarzyńskich ryków zewów krwi
czas kiedy leżysz wspomnieniem odłogiem
a dni zazwięte na siebie zachłanne

okres w którym złączone frazy werbalizujemy młotem na kowadle
i kładziemy do snu a dociskany profil rwącym potokiem ich łez
spływającym po poduszce

powroty

powroty bywają trudne
bo nigdy nie wiadomo od czego
zaczynać znaczyć

wracasz

dokąd idziesz suriff 
czym kąty kreślisz
jak wyznaczasz azymut

granat płaszcza twojego niebo
zapinasz rzędami guzików gwiazd
skąd wyrasta poezja
ze wnętrza

ziemi jak niedźwiedź brunatnej
co gdyby fedrować areał
forsować dziedzińce place placyki
mordować ciało i łokcie
popełniać po żyły

trudzić szlachetność wracania
i mdłość milczenia tundry
to byłabyś aż
podróżą po rumieniec lata

kiedy pomścisz wszystkie moje wiersze
jesień wpisze się we mnie golizną ramion
mlekiem poranka i pękniętą wargą wiatru

mówisz dosyć tych znaków czasu
i przykładasz palec na moje usta

jak stal uśpiona…

jak stal uśpiona drzemiesz

 

gdy brak wyraźnych śladów starzenia

odtleniamy się powoli

kryształem szkłem lustrem skrzydłem

 

hartując oddechem powietrze sprężyste

odkształcasz wydłużasz

targasz przestrzenie

 

jak linę przeciągasz krajobraz na swoją stronę

 

macherka fasadowa

przewrotność jest brzuchem sofizmatu

przewrotność jest działaniem

na przekór antyszambrowaniu u twojej klamki

 

tromtadracja cherlawa muszę przeczekać ciebie

niech się marynuje ta chwila wątła

w jałowej godzinie sierpa nocy

 

 

dogorywasz na obcej powiece

zmurszały świt ostyga w twojej dłoni

pięści lodołamacz

skułeś ze mną

zwodniczość

ociągasz odwlekasz wleczesz…

dotknij mnie

„Dotknij mnie – pod palcami poczujesz rzep uschły. wilgoć wieczoru lub poranku, tętno kamieniołomu miasta, oddech stepowej pustki, tych, którzy już nie żyją, lecz których pamiętam.

Dotknij mnie – a poczujesz pod czubkami palców wszystko to, co istnieje poza mną. beze mnie, co nie wierzy mnie, mojej twarzy, memu paltu, wpisując nas w swój bilans zawsze po stronie ujemnej.”

 

Josif Brodski

atencja

i troszcz się tylko o łuki czarne i grzmoty jak młoty różowe obłoki kiedy niebo stanie się terakotą fugą oddechu kiedy zgładzi cię kobalt zupełnie nieoczekiwanie kiedy zmielisz mi świt głuchy w piasek skruszysz chmury na deszcze i zetrzesz powietrze na miazgę to troszcz się już tylko o ostrza miedziane i tlen bo barwna twoja opowieść i perwersyjna i wyuzdane bachanalia twoich warg